Ñîâðåìåííàÿ ýëåêòðîííàÿ áèáëèîòåêà ModernLib.Net

Ðîññèÿ è Çàïàä (Àíòîëîãèÿ ðóññêîé ïîýçèè)

ModernLib.Net / Îòå÷åñòâåííàÿ ïðîçà / Òàðàñ Áóðìèñòðîâ / Ðîññèÿ è Çàïàä (Àíòîëîãèÿ ðóññêîé ïîýçèè) - ×òåíèå (ñòð. 27)
Àâòîð: Òàðàñ Áóðìèñòðîâ
Æàíð: Îòå÷åñòâåííàÿ ïðîçà

 

 


      A druga reke opuscil na wodze,
      Rumaka swego zapedy ukraca.
      Zgadniesz, ze mnogi lud tam stal na drodze
      I krzyczal: "Cesarz, ojciec nasz powraca!"
      Cesarz chcial z wolna jechac miedzy tlokiem,
      Wszystkich ojcowskiem udarowac okiem.
      Kon wzdyma grzywe, zarem z oczu swieci,
      Lecz zna, ze wiezie najmilszego z gosci,
      Ze wiezie ojca milijonom dzieci,
      I sam hamuje ogien swej zywosci;
      Dzieci przyjsc blisko, ojca widziec moga,
      Kori rownym krokiem, rowna stapa droga.
      Zgadniesz, ze dojdzie do niesmiertelnosci!
      Car Piotr wypuscil rumakowi wodze,
      Widac, ze lecial tratujac po drodze,
      Od razu wskoczyl az na sam brzeg skaly.
      Juz kon szalony wzniosl w gore kopyta,
      Car go nie trzyma, kon wedzidlem zgrzyta,
      Zgadniesz, ze spadnie i prysnie w kawaly.
      Od wieku stoi, skacze, lecz nie spada,
      Jako lecaca z granitow kaskada,
      Gdy scieta mrozem nad przepascia zwisnie
      Lecz skoro slonce swobody zablysnie
      I wiatr zachodni ogrzeje te panstwa,
      I coz sie stanie z kaskada tyranstwa?"
      PRZEGLAD WOJSKA
      Jest plac ogromny: jedni zowia szczwalnia,
      Tam car psy wtrawia, nim pusci na zwierza;
      Drudzy plac zowia grzeczniej gotowalnia,
      Tam car swe stroje probuje, przymierza,
      Nim w rury, w piki, w dziala ustrojony,
      Wyjdzie odbierac monarchow poklony.
      Kokietka idac na bal do palacu
      Nie tyle trawi przed zwierciadlem czasow,
      Nie robi tyle umizgow, grymasow,
      Ile car co dzien na tym swoim placu.
      Inni w tym placu widza saranczarnie,
      Mowia, ze car tam hoduje nasiona
      Chmury saranczy, ktora wypasiona
      Wyleci kiedys i ziemie ogarnie.
      Sa, co plac zowia toczydlem chirurga,
      Bo tu car naprzod lancety szlifuje,
      Nim wyciagnawszy reke z Petersburga,
      Tnie tak, ze cala Europa poczuje;
      Lecz nim wysledzi, jak gleboka rana,
      Nim plastr obmysli od naglej krwi straty,
      Juz car puls przetnie szacha i sultana
      I krew wypusci spod serca Sarmaty.
      Plac roznych imion, lecz w jezyku rzadow
      Zowie sie placem wojskowych przegladow.
      Dziesiata - ranek - juz przegladow pora,
      Juz plac okraza ludu zgraja cicha,
      Jako brzeg czarny bialego jeziora;
      Kazdy sie tloczy, na srodek popycha.
      Po placu, jako rybitwy nad woda,
      Zwija sie kilku doricow i dragunow;
      Ciekawsze glowy tylcem piki boda,
      Na blizsze karki sypia grad bizunow.
      Kto wylazl naprzod jak zaba z bagniska,
      Ze lbem sie cofa i kark w tlumy wciska.
      Slychac grzmot z dala, gluchy, jednostajny,
      Jak kucie mlotow lub mlocenie cepow:
      To beben, pulkow przewodnik zwyczajny,
      Za nim szeregi ciagna sie wzdluz stepow,
      Mnogie i rozne, lecz w jednym ubiorze,
      Zielone, w sniegu czernia sie z daleka;
      I plynie kazda kolumna jak rzeka,
      I wszystkie w placu tona jak w jeziorze.
      Tu mi daj, muzo, usta stu Homerow,
      W kazde wsadz ze sto paryskich jezykow,
      I daj mi piora wszystkich buchalterow,
      Bym mogl wymienic owych pulkownikow,
      I oficerow, i podoficerow,
      I szeregowych zliczyc bohaterow.
      Lecz bohatery tak podobne sobie,
      Tak jednostajne! stoi chlop przy chlopie,
      Jako rzad koni zujacych przy zlobie,
      Jak klosy w jednym uwiazane snopie,
      Jako zielone na polu konopie,
      Jak wiersze ksiazki, jak skiby zagonow,
      Jak petersburskich rozmowy salonow.
      Tyle dostrzeglem, ze jedni z Moskalow,
      Wyzsi od drugich na piec lub szesc calow,
      Mieli na czapkach mosiezne litery
      Jakby lysinki - to grenadyjery;
      I bylo takich trzy zgraje wasalow.
      Za nimi nizsi stali w mnogich rzedach,
      Jak pod lisciami ogorki na grzedach.
      Zeby rozroznic pulki w tej piechocie,
      Trzeba miec bystry wzrok naturalisty,
      Ktory przeglada wykopane w blocie
      I gatunkuje, i nazywa glisty.
      Zagrzmialy traby - to konne orszaki,
      I rozmaitsze, ulanow, huzarow,
      Dragonow: czapki, kirysy, kolpaki
      Myslalbys, ze tu kapelusznik jaki
      Rozlozyl sklady swych roznych towarow;
      W koncu pulk wjechal: chlopy gdyby hlaki,
      Okute miedzia jak rzed samowarow,
      A spodem pyski konskie jako haki.
      Pulki w tak roznych ubiorach i broniach
      Najlepiej bedzie rozroznic po koniach;
      Bo tak i nowa taktyka doradza,
      I z obyczajem ruskim to sie zgadza.
      Napisal wielki jeneral Zomini,
      Ze kon, nie czlowiek, dobra jazde czyni;
      Dawno juz o tym wiedzieli Rusini:
      Bo za dobrego konia gwardyjaka
      Zakupisz u nich dobrych trzech zolnierzy.
      Oficerskiego cena jest czworaka,
      I za takiego konia dac nalezy
      Lutniste, skoczka albo tez pisarza,
      A w czasach drogich nawet i kucharza.
      Skarbowe chude, poderwane klacze,
      Nawet te, ktore woza lazarety,
      Jesli je stawia w faraona gracze,
      Licza sie zawsze: klacz za dwie kobiety.
      Wrocmy do pulkow. - Pierwszy wjechal kary,
      Drugi tez kary, lecz anglizowany,
      Dwa bylo gniade, a piaty bulany,
      Siodmy znow gniady, osmy jak mysz szary,
      Dziewiaty rosly, dziesiaty mierzyna,
      A potem znowu kary bez ogona,
      U dwunastego na czole lysina,
      A zas ostatni wygladal jak wrona.
      Harmat wjechalo czterdziesci i osim,
      Jaszczykow wiecej nizli drugie tyle;
      Wszystkiego dwiescie, jak po wierzchu wnosim:
      Bo zeby dobrze zliczyc w jedne chwile
      Srod mnostwa koni i ludzi motlochu,
      Trzeba miec oko twe, Napoleonie,
      Lub twoje, ruski intendencie prochu
      Ty, nie zwazajac na ludzi i konie,
      Jaszczykow patrzysz, wnet liczbe ich zgadles,
      Wiesz, ile w kazdym ladunkow ukradles.
      Juz plac okryly zielone mundury,
      Jak trawy, w ktore ubiera sie laka,
      Gdzieniegdzie tylko wznosi sie do gory
      Jaszczyk podobny do blotnego baka
      Lub polnej pluskwy z zielonawym grzbietem,
      A przy nim dzialo ze swoim lawetem
      Usiadlo na ksztalt czarnego pajaka.
      Kazdy ten pajak ma nog przednich cztery
      I cztery tylnych: zowia sie te nogi
      Kanonijery i bombardyjery.
      Jezeli siedzi spokojnie srod drogi,
      Noga sie kazda gdzies daleko rucha;
      Myslisz, ze calkiem oddzielne od brzucha,
      I brzuch jak balon w powietrzu ulata.
      Lecz skoro cicha, drzemiaca harmata
      Nagle sie zbudzi rozkazem wyzwana,
      Jak tarantula, gdy jej kto w nos dmuchnie
      Wnet sciagnie nogi/ podchyla kolana
      I nim sie nadmie, nim jady wybuchnie,
      Zrazu przednimi kanonij erami
      Okolo pyska dlugo, szybko wije
      Jak mucha, co sie w arszeniku splami,
      Siadlszy swoj czarny pyszczek dlugo myje;
      Potem dwie przednie nogi w tyl wywroci,
      Tylnymi kreci/ potem kiwa zadem,
      Nareszcie wszystkie nogi w bok rozrzuci,
      Chwile spoczywa, w koncu buchnie jadem.
      Pulki stanely - patrza - car, car jedzie,
      Tuz kilku starych, konnych admiralow,
      Tlum adiutantow i cma jeneralow
      Z tylu i z przodu, a car sam na przedzie.
      Orszak dziwacznie pstry i cetkowany,
      Jak arlekiny: pelno na nich wstazek,
      Kluczykow, cyfer, portrecikow, sprzazek,
      Ten sino, tamten zolto przepasany,
      Na kazdym gwiazdek, kolek i krzyzykow
      Z przodu i z tylu wiecej niz guzikow.
      Swieca sie wszyscy, lecz nie swiatlem wlasnem,
      Promienie na nich ida z oczu panskich;
      Kazdy jeneral jest robaczkiem jasnym,
      Co blyszczy pieknie w nocach swietojanskich;
      Lecz skoro przejdzie wiosna carskiej laski,
      Nedzne robaczki traca swoje blaski:
      Zyja, do cudzych krajow nie ucieka,
      Ale nikt nie wie, gdzie sie w blocie wleka.
      Jeneral w ogien smialym idzie krokiem,
      Kula go trafi, car sie don usmiechnie;
      Lecz gdy car strzeli nielaskawym okiem,
      Jeneral bladnie, slabnie, czesto - zdechnie.
      Srod dworzan predzej znalazlbys stoikow,
      Wspaniale dusze - choc gniew cara czuja,
      Ani sie zarzna, ani zachoruja;
      Wyjada na wies do swych palacykow
      I pisza stamtad: ten do szambelana,
      Ow do metresy, ow do damy dworu,
      Liberalniejsi pisza do furmana.
      I znowu z wolna wroca do faworu.
      Tak z domu oknem zrucony pies zdycha,
      Kot miauknie tylko, lecz stanie na nogi
      I znowu szuka do powrotu drogi,
      I jakas dziura znowu wnidzie z cicha;
      Nim stoik w sluzbe wroci tryumfalnie,
      Na wsi rozprawia cicho - liberalnie.
      Car byl w mundurze zielonym, z kolnierzem
      Zlotym. Car nigdy nie zruca mundura;
      Mundur wojskowy jest to carska skora,
      Car rosnie, zyje i - gnije zolnierzem.
      Ledwie z kolebki dziecko wyjdzie carskie,
      Zaraz do tronu zrodzony paniczyk
      Ma za stroj kurtki kozackie, huzarskie,
      A za zabawke szabelke i - biczyk.
      Sylabizujac szabelka wywija
      I nia wskazuje na ksiazce litery;
      Kiedy go tanczyc ucza guwernery,
      Biezy kiem takty muzyki wybija.
      Doroslszy, cala jest jego zabawa
      Zbierac zolnierzy do swojej komnaty,
      Komenderowac na lewo, na prawo,
      I wprawiac pulki w musztre - i pod baty.
      Tak sie car kazdy do tronu sposobil,
      Stad ich Europa boi sie i chwali;
      Slusznie z Krasickim starzy powiadali:
      "Madry przegadal, ale glupi pobil".
      Piotra Wielkiego niechaj pamiec zyje,
      Pierwszy on odkryl te Caropedyje.
      Piotr wskazal carom do wielkosci droge;
      Widzial on madre Europy narody
      I rzekl: "Rosyje zeuropejczyc moge,
      Obetne suknie i ogole brody".
      Rzekl - i wnet poly bojarow, kniazikow
      Scieto jak szpaler francuskiego sadu;
      Rzekl - i wnet brody kupcow i muzykow
      Sypia sie chmura jak liscie od gradu.
      Piotr zaprowadzil bebny i bagnety,
      Postawil turmy, urzadzil kadety,
      Kazal na dworze tanczyc menuety
      I do towarzystw gwaltem wwiodl kobiety;
      I na granicach poosadzal straze,
      I lancuchami pozamykal porty,
      Utworzyl senat, szpiegi, dygnitarze,
      Odkupy wodek, czyny i paszporty;
      Ogolil, umyl i ustroil chlopa,
      Dal mu bron w rece, kieszen narublowal
      I zadziwiona krzyknela Europa:
      "Car Piotr Rosyja ucywilizowal".
      Zostalo tylko dla nastepnych carow
      Przylewac klamstwa w brudne gabinety,
      Przysylac w pomoc despotom bagnety,
      Wyprawic kilka rzezi i pozarow;
      Zagrabiac cudze dokola dzierzawy,
      Skradac poddanych, placic cudzoziemcow,
      By zyskac oklask Francuzow i Niemcow,
      Ujsc za rzad silny, madry i laskawy.
      Niemcy, Francuzi, zaczekajcie nieco!
      Bo gdy wam w uszy zabrzmi huk ukazow,
      Gdy knutow grady na karki wam zleca,
      Gdy was pozary waszych miast oswieca,
      A wam natenczas zabraknie wyrazow;
      Gdy car rozkaze ubostwiac i slawic
      Sybir, kibitki, ukazy i knuty
      Chyba bedziecie cara piesnia bawic,
      Waryjowana na dzisiejsze nuty.
      Car jak kregielna kula miedzy szyki
      Wlecial i spytal o zdrowie gawiedzi;
      "Zdrowia ci zyczym", szepca wojownik!,
      Ich szepty byly jak mruk stu niedzwiedzi.
      Dal rozkaz - rozkaz wymknal sie przez zeby
      I wpadl jak pilka w usta komendanta,
      I potem gnany od geby do geby
      Na ostatniego upada szerzanta.
      Jeknely bronie, szczeknely palasze
      I wszystko bylo zmieszane w odmecie:
      Na linijowym kto widzial okrecie
      Ogromny kociol, w ktorym robia kasze,
      Kiedy wen woda z pompy jako z rzeczki
      Bucha, a w wode sypie majtkow rzesza
      Za jednym razem krup ze cztery beczki,
      Potem dziesiatkiem wiosel w kotle miesza;
      Kto zna francuska izbe deputatow,
      Wieksza i stokroc burzliwsza od kotla,
      Kiedy w nie projekt komisyja wmiotla
      I juz nadchodzi godzina debatow:
      Cala Europa, czujac z dawna glody,
      Mysli, ze dla niej tam warza swobody;
      Juz liberalizm z ust jako z pomp bucha;
      Ktos tam o wierze wspomnial na poczatku,
      Izba sie burzy, szumi i nie slucha;
      Ktos wspomnial wolnosc, lecz nie zrobil wrzatku,
      Ktos wreszcie wspomnial o krolow zamiarach,
      O biednych ludach, o despotach, carach,
      Izba znudzona krzyczy: "Do porzadku!"
      Az tu minister skarbu, jakby z dragiem,
      Wbiega z ogromnym budzetu wyciagiem,
      Zaczyna mieszac mowa o procentach,
      O clach, oplatach, stemplach, remanentach;
      Izba wre, huczy i kipi, i pryska,
      I szumowiny az pod niebo ciska;
      Ludy sie ciesza/ gabinety strasza,
      Az sie dowiedza wszyscy na ostatku,
      Ze byla mowa tylko - o podatku.
      Kto tedy widzial owy kociol z kasza
      Lub owa izbe - ten latwo zrozumie,
      Jaki gwar powstal" w tylu pulkow tlumie,
      Gdy rozkaz carski wlecial w srodek kupy.
      Wtem trzystu bebnow ozwaly sie huki,
      I jak lod Newy gdy prysnie na sztuki,
      Piechota w dlugie porznela sie slupy.
      Kolumny jedne za drugimi daza,
      Przed kazda beben i komendant wola;
      Car stal jak slonce, a pulki dokola
      Jako planety tocza sie i kraza.
      Wtem car wypuscil stado adiutantow,
      Jak wroble z klatki albo psy ze smyczy;
      Kazdy z nich leci, jak szalony krzyczy,
      Wrzask jeneralow, majorow, szerzantow,
      Huk tarabanow, piski muzykantow
      Nagle piechota, jak lina kotwicy
      Z klebow rozwita, wyciaga sie sznurem;
      Sciany idacej pulkami konnicy
      Lacza sie, wiaza, jednym staja murem.
      Jakie zas dalej byly tam obroty,
      Jak jazda racza i niezwyciezona
      Leciala obses na karki piechoty:
      Jak kundlow psiarnia traba poduszczona
      Na zwiazanego niedzwiedzia uderza,
      Widzac, ze w kluby ujeto pysk zwierza
      Jak sie piechota kupi, sciska, kurczy,
      Nadstawia bronie jako igly jeza,
      Ktory poczuje, ze pies nad nim burczy;
      Jak wreszcie jazda w ostatnim poskoku
      Targniona smycza powsciagnela kroku;
      I jak harmaty w przod i w tyl ciagano,
      Jak po francusku, po rusku lajano,
      Jak w areszt brano, po karkach trzepano,
      Jak tam marzniono i z koni spadano,
      I jak carowi w koncu winszowano
      Czuje te wielkosc, bogactwo przedmiotu!
      Gdybym mogl opiac, wslawilbym me imie,
      Lecz muza moja jak bomba w pol lotu
      Spada i gasnie w prozaicznym rymie,
      I srod glownego manewrow obrotu,
      Jak Homer w walce bogow - ja - ach, drzymie.
      Juz przerobiono wojskiem wszystkie ruchy,
      O ktorych tylko car czytal lub slyszal;
      Srod zgrai widzow juz sie gwar uciszal,
      Juz i sukmany, delije, kozuchy,
      Co sie czernily gesto wkolo placu,
      Rozpelzaly sie kazda w swoje strone,
      I wszystko bylo zmarzle i znudzone
      Juz zastawiano sniadanie w palacu.
      Ambasadory zagranicznych rzadow,
      Ktorzy pomimo i mrozu, i nudy,
      Dla laski carskiej nie chybia przegladow
      I co dzien krzycza: "o dziwy! o cudy!"
      Juz powtorzyli raz tysiaczny drugi
      Z nowym zapalem dawne komplementy:
      Ze car jest taktyk w planach niepojety,
      Ze wielkich wodzow ma na swe uslugi,
      Ze kto nie widzial, nigdy nie uwierzy,
      Jaki tu zapal i mestwo zolnierzy.
      Na koniec byla rozmowa skonczona
      Zwyczajnym smiechem z glupstw Napoleona;
      I na zegarek juz kazdy spozieral,
      Bojac sie dalszych galopow i klusow;
      Bo mroz dociskal dwudziestu gradusow,
      Dusila nuda i glod juz doskwieral.
      Lecz car stal jeszcze i dawal rozkazy;
      Swe pulki siwe, kare i bulane
      Puszcza, wstrzymuje po dwadziescie razy;
      Znowu piechote przedluza jak sciane,
      Znowu ja sciska w czworobok zawarty
      I znowu na ksztalt wachlarza roztacza.
      Jak stary szuler, choc juz nie ma gracza,
      Miesza i zbiera, i znow miesza karty;
      Choc towarzystwo samego zostawi,
      On sie sam z soba kartami zabawi.
      Az sam sie znudzil, konia nagle zwrocil
      I w jeneralow ukryl sie natloku;
      Wojsko tak stalo, jak je car porzucil,
      I dlugo z miejsca nie ruszylo kroku.
      Az traby, bebny daly znak nareszcie:
      Jazda, piechota, dlugich kolumn dwiescie
      Plyna i tona w glebi ulic miejskich
      Jakze zmienione, niepodobne wcale
      Do owych bystrych potokow alpejskich,
      Co ryczac metne wala sie po skale,
      Az w jezior jasnym spotkaja sie lonie
      I tam odpoczna, i oczyszcza wody,
      A potem z lekka nowymi wychody
      Blyskaja, toczac szmaragdowe tonie.
      Tu pulki weszly czerstwe, czyste, biale;
      Wyszly zziajane i oblane potem,
      Roztopionymi sniegi poczerniale,
      Brudne spod lodu wydeptanym blotem.
      Wszyscy odeszli: widze i aktory.
      Na placu pustym, samotnym zostalo
      Dwadziescie trupow: ten ubrany bialo,
      Zolnierz od jazdy; tamtego ubiory
      Nie zgadniesz jakie, tak do sniegu wbity
      I stratowany konskimi kopyty.
      Ci zmarzli, stojac przed frontem jak slupy,
      Wskazujac pulkom droge i cel biegu;
      Ten sie zmyliwszy w piechoty szeregu
      Dostal w leb kolba i padl miedzy trupy.
      Biora ich z ziemi policejskie slugi
      I niosa chowac; martwych, rannych spolem
      Jeden mial zebra zlamane, a drugi
      Byl wpol harmatnym przejechany kolem;
      Wnetrznosci ze krwia wypadly mu z brzucha,
      Trzykroc okropnie spod harmaty krzyknal,
      Lecz major wola: "Milcz, bo car nas slucha";
      Zolnierz tak sluchac majora przywyknal,
      Ze zeby zacial; nakryto co zywo
      Rannego plaszczem, bo gdy car przypadkiem
      Z rana jest takiej naglej smierci swiadkiem
      I widzi na czczo skrwawione miesiwo
      Dworzanie czuja w nim zmiane humoru,
      Zly, opryskliwy powraca do dworu,
      Tam go czekaja z sniadaniem nakrylem,
      A jesc nie moze miesa z apetytem.
      Ostatni ranny wszystkich bardzo zdziwil:
      Grozono, bito, prozna grozba, kara,
      Jeneralowi nawet sie sprzeciwil,
      I jeczal glosno - klal samego cara.
      Ludzie niezwyklym przerazeni krzykiem
      Zbiegli sie nad tym parad meczennikiem.
      Mowia, ze jechal z dowodcy rozkazem,
      Wtem kon mu stanal jak gdyby zaklety,
      A z tylu wlecial caly szwadron razem;
      Zlamano konia, i zolnierz zepchniety
      Lezal pod jazda plynaca korytem;
      Ale od ludzi litosciwsze konie:
      Skakal przez niego szwadron po szwadronie,
      Jeden kon tylko trafil wen kopytem
      I zlamal ramie; kosc na wpol rozpadla
      Przedarla mundur i ostrzem sterczala
      Z zielonej sukni, strasznie, trupio biala,
      I twarz zolnierza rownie jak kosc zbladla;
      Lecz sil nie stracil: wznosil druga reke
      To ku niebiosom, to widzow gromady
      Zdawal sie wzywac i mimo swa meke
      Dawal im glosno, dlugo jakies rady.
      Jakie? nikt nie wie, nie mowia przed nikim.
      Bojac sie szpiegow sluchacze uciekli
      I tyle tylko pytajacym rzekli,
      Ze ranny mowil zlym ruskim jezykiem;
      Kiedy niekiedy slychac bylo w gwarze:
      "Car, cara, caru" - cos mowil o carze.
      Chodzily wiesci, ze zolnierz zdeptany
      Byl mlodym chlopcem, rekrutem, Litwinem,
      Wielkiego rodu, ksiecia, grata synem;
      Ze ze szkol gwaltem w rekruty oddany,
      I ze dowodzca, nie lubiac Polaka,
      Dal mu umyslnie dzikiego rumaka,
      Mowiac: "Niech skreci szyje Lach sobaka".
      Kto byl, nie wiedza, i po tym zdarzeniu
      Nikt nie poslyszal o jego imieniu;
      Ach! kiedys tego imienia, o carze,
      Beda szukali po twoim sumnieniu.
      Diabel je posrod tysiacow ukaze,
      Ktores ty w minach podziemnych osadzil,
      Wrzucil pod konie, myslac, zes je zgladzil.
      Nazajutrz z dala za placem slyszano
      Psa gluche wycie - czerni sie cos w sniegu;
      Przybiegli ludzie, trupa wygrzebano;
      On po paradzie zostal na noclegu.
      Trup na pol chlopski, na poly wojskowy,
      Z glowa strzyzona, ale z broda dluga,
      Mial czapke z futrem i plaszcz mundurowy,
      I byl zapewne oficerskim sluga.
      Siedzial na wielkim futrze swego pana,
      Tu zostawiony, tu rozkazu czekal,
      I zmarzl, i sniegu juz mial za kolana.
      Tu go pies wierny znalazl i oszczekal.
      Zmarznal, a w futro nie okryl sie cieple;
      Jedna zrenica sniegiem zasypana,
      Lecz drugie oko otwarte, choc skrzeple,
      Na plac obrocil: czekal stamtad pana!
      Pan kazal siedziec i sluga usiadzie,
      Kazal nie ruszac z miejsca, on nie ruszy,
      I nie powstanie - az na strasznym sadzie;
      I dotad wierny panu, choc bez duszy,
      Bo dotad reka trzyma panska szube
      Pilnujac, zeby jej nie ukradziono;
      Druga chcial reke ogrzac, ukryc w lono,
      Lecz juz nie weszly pod plaszcz palce grube.
      I pan go dotad nie szukal, nie pytal!
      Czy malo dbaly, czy nadto ostrozny
      Zgaduja, ze to oficer podrozny;
      Ze do stolicy niedawno zawital,
      Nie z powinnosci chodzil na parady,
      Lecz by pokazac swieze epolety
      Moze z przegladow poszedl na obiady,
      Moze na niego mrugnely kobiety,
      Moze gdzie wstapil do kolegi gracza
      I nad kartami - zapomnial brodacza;
      Moze sie wyrzekl i futra, i slugi,
      By nie rozglosic, ze mial szube z soba;
      Ze nie mogl zimna wytrzymac jak drugi,
      Gdy je car carska wytrzymal osoba;
      Boby mowiono: jezdzi nieformalnie
      Na przeglad z szuba! - mysli liberalnie.
      O biedny chlopie! heroizm, smierc taka,
      Jest psu zasluga, czlowiekowi grzechem.
      Jak cie nagrodza? pan powie z usmiechem,
      Zes byl do zgonu wierny - jak sobaka.
      O biedny chlopie! za coz mi lza plynie
      I serce bije, myslac o twym czynie:
      Ach, zal mi ciebie, biedny Slowianinie!
      Biedny narodzie! zal mi twojej doli,
      Jeden znasz tylko heroizm - niewoli.
      DZIEN PRZED POWODZIA PETERSBURSKA 1824
      OLESZKIEWICZ
      Gdy sie najtezszym mrozem niebo zarzy,
      Nagle zsinialo, plamami czernieje,
      Podobne zmarzlej nieboszczyka twarzy,
      Ktora sie w izbie przed piecem rozgrzeje,
      Ale nabrawszy ciepla, a nie zycia,
      Zamiast oddechu zionie para gnicia.
      Wiatr zawial cieply. - Owe slupy dymow,
      Ow gmach powietrzny jak miasto olbrzymow,
      Niknac pod niebem jak czarow widziadlo,
      Runelo w gruzy i na ziemie spadlo:
      I dym rzekami po ulicach plynal,
      Zmieszany z para ciepla i wilgotna;
      Snieg zaczal topniec - i nim wieczor minal,
      Oblewal bruki rzeka Stygu blotna.
      Sanki uciekly, kocze i landary
      Zerwano z plozow; grzmia po bruku kola;
      Lecz posrod mroku i dymu, i pary
      Oko pojazdow rozroznic nie zdola;
      Widac je tylko po latarek blyskach,
      Jako plomyki bledne na bagniskach.
      Szli owi mlodzi podrozni nad brzegiem
      Ogromnej Newy; lubia isc o zmroku,
      Bo czynownikow unikna widoku
      I w pustym miejscu nie zejda sie z szpiegiem.
      Szli obcym z soba gadajac jezykiem;
      Czasem piesn jakas obca z cicha nuca,
      Czasami stana i oczy obroca,
      Czy kto nie slucha? - nie zeszli sie z nikim.
      Nucac bladzili nad Newy korytem,
      Ktore sie ciagnie jak alpejska sciana,
      Az sie wstrzymali, gdzie miedzy granitem
      Ku rzece droga spada wyrabana.
      Stamtad, na dole, ujrzeli z daleka
      Nad brzegiem wody z latarka czlowieka:
      Nie szpieg, bo tylko sledzil czegos w wodzie,
      Ani przewoznik, ktoz plywa po lodzie?
      Nie jest rybakiem, bo nic nie mial w reku
      Oprocz latarki i papierow peku.
      Podeszli blizej, on nie zwrocil oka,
      Wyciagal powroz, ktory w wode zwisal,
      Wyciagnal, wezly zliczyl i zapisal;
      Zdawal sie mierzyc, jak woda gleboka.
      Odblask latarki odbity od lodu
      Oblewa jego ksiegi tajemnicze
      I pochylone nad swieca oblicze
      Zolte jak oblok nad sloncem zachodu:
      Oblicze piekne, szlachetne, surowe.
      Okiem tak pilnie w swojej ksiedze czytal,
      Ze slyszac obcych kroki i rozmowe
      Tuz ponad soba, kto sa, nie zapytal,
      I tylko z reki lekkiego skinienia
      Widac, ze prosi, wymaga milczenia.
      Cos tak dziwnego bylo w reki ruchu,
      Ze choc podrozni tuz nad nim staneli,
      Patrzac i szepcac, i smiejac sie w duchu,
      Umilkli wszyscy, przerwac mu nie smieli.
      Jeden w twarz spojrzal i poznal, i krzyknal:
      "To on!" - i ktoz on? - Polak, jest malarzem,
      Lecz go wlasciwiej nazywac guslarzem,
      Bo dawno od farb i pedzla odwyknal,
      Biblija tylko i kabale bada,
      I mowia nawet, ze z duchami gada.
      Malarz tymczasem wstal, pisma swe zlozyl
      I rzekl, jak gdyby rozmawiajac z soba:
      "Kto jutra dozyl, wielkich cudow dozyl;
      Bedzie to druga, nie ostatnia proba;
      Pan wstrzasnie szczeble asurskiego tronu,
      Pan wstrzasnie grunty miasta Babilonu;
      Lecz trzecia widziec. Panie! nie daj czasu!"
      Rzekl i podroznych zostawil u wody,
      A sam z latarka z wolna szedl przez schody
      I zniknal wkrotce za parkan terasu.
      Nikt nie zrozumial, co ta mowa znaczy;
      Jedni zdumieni, drudzy rozsmieszeni,
      Wszyscy krzykneli: "Nasz guslarz dziwaczy",
      I chwile jeszcze stojac posrod cieni,
      Widzac noc pozna, chlodna i burzliwa,
      Kazdy do domu powracal co zywo.
      Jeden nie wrocil, lecz na schody skoczyl
      I biegl terasem; nie widzial czlowieka,
      Tylko latarke jego z dala zoczyl,
      Jak bledna gwiazda swiecila z daleka.
      Chociaz w malarza nie zajrzal oblicze,
      Choc nie doslyszal, co o nim mowili,
      Ale dzwiek glosu, slowa tajemnicze
      Tak nim wstrzasnely! - przypomnial po chwili,
      Ze glos ten slyszal, i biegl co mial mocy
      Nieznana droga srod sloty, srod nocy.
      Latarka predko niesiona mignela,
      Coraz mniej szata, zakryta mgly mrokiem
      Zdala sie gasnac; wtem nagle stanela
      W posrodku pustek na placu szerokiem.
      Podrozny kroki podwoil, dobiega;
      Na placu lezal wielki stos kamieni,
      Na jednym glazie malarza spostrzega:
      Stal nieruchomy posrod nocnych cieni.
      Glowa odkryta, odslonione barki,
      A prawa reka wzniesiona do gory,
      I widac bylo z kierunku latarki,
      Ze patrzyl w dworca cesarskiego mury.
      I w murach jedno okno w samym rogu
      Blyszczalo swiatlem; to swiatlo on badal,
      Szeptal ku niebu, jak modlac sie Bogu,
      Potem glos podniosl i sam z soba gadal.
      "Ty nie spisz, carze! noc juz wkolo glucha,
      Spia juz dworzanie - a ty nie spisz, carze;
      Jeszcze Bog laskaw poslal na cie ducha,
      On cie w przeczuciach ostrzega o karze.
      Lecz car chce zasnac, gwaltem oczy zmruza,
      Zasnie gleboko - dawniej ilez razy
      Byl ostrzegany od aniola stroza
      Mocniej, dobitniej, sennymi obrazy.
      On tak zly nie byl, dawniej byl czlowiekiem;
      Powoli wreszcie zszedl az na tyrana,
      Anioly Panskie uszly, a on z wiekiem
      Coraz to glebiej wpadal w moc szatana.
      Ostatnia rade, to przeczucie ciche,
      Wybije z glowy jak marzenie liche;
      Nazajutrz w dume wzbija go pochlebce
      Wyzej i wyzej, az go szatan zdepce...
      Ci w niskich domkach nikczemni poddani
      Naprzod za niego beda ukarani;
      Bo piorun, w martwe gdy bije zywioly,
      Zaczyna z wierzchu, od gory i wiezy,
      Lecz miedzy ludzmi naprzod bije w doly
      I najmniej winnych najpierwej uderzy...
      Usneli w pjanstwie, w swarach lub w rozkoszy,
      Zbudza sie jutro - biedne czaszki trupie!
      Spijcie spokojnie jak zwierzeta glupie,
      Nim was gniew Panski jak mysliwiec sploszy,
      Tepiacy wszystko, co w kniei spotyka,
      Az dojdzie w koncu do legowisk dzika.
      Slysze! - tam! - wichry - juz wytknely glowy
      Z polarnych lodow, jak morskie straszydla;
      Juz sobie z chmury porobili skrzydla,
      Wsiedli na fale, zdjeli jej okowy;
      Slysze! - juz morska otchlan rozchelznana
      Wierzga i gryzie lodowe wedzidla,
      Juz mokra szyje pod obloki wzdyma;
      Juz! - jeszcze jeden, jeden lancuch trzyma
      Wkrotce rozkuja - slysze mlotow kucie..."
      Rzekl i postrzeglszy, ze ktos slucha z boku,
      Zadmuchnal swiece i przepadl w pomroku.
      Blysnal i zniknal jak nieszczesc przeczucie,
      Ktore uderzy w serce, niespodziane,
      I przejdzie straszne - lecz nie zrozumiane.
      Koniec Ustepu
      DO PRZYJACIOL MOSKALI
      Wy, czy mnie wspominacie! ja, ilekroc marze
      O mych przyjaciol smierciach, wygnaniach, wiezieniach,
      I o was mysle: wasze cudzoziemskie twarze
      Maja obywatelstwa prawo w mych marzeniach.
      Gdziez wy teraz? Szlachetna szyja Rylejewa,
      Ktoram jak bratnia sciskal carskimi wyroki
      Wisi do hanbiacego przywiazana drzewa;
      Klatwa ludom, co swoje morduja proroki.
      Ta reka, ktora do mnie Bestuzew wyciagnal,
      Wieszcz i zolnierz, ta reka od piora i broni

  • Ñòðàíèöû:
    1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10, 11, 12, 13, 14, 15, 16, 17, 18, 19, 20, 21, 22, 23, 24, 25, 26, 27, 28